Chorwacja 2003

Chorwacja 2003

Rymowana kronika rejsu
Część I: autor Robert Gawkowski

Po wyspach chorwackich. Podróż, jaka odbyli członkowie Klubu Podróżniczo – Żeglarskiego Amorgos
We wrześniu 2003 r.
Opowiedziana przez „Fantastycznie Rozd….. Pontoniarza” z jachtu „Bobcat”

****

Rymowana kronika rejsu

Nie będzie to opowieść, czytelniku miły
o syrenach, smokach i wężach co się wiły
Nie o słoniach z Afryki i żółwiach z Galapagos
Lecz o podróżnikach z klubu Amorgos.
Nie będzie to Iliada, co ją pisał Homer
ale o pewnym rejsie od Zadaru po Murter
i wiedz, że piszący trudził się, by nie minąć liter
więc po przeczytaniu kroniki postaw na stół „liter”.

Wyjazd z Warszawy 12 września

Wyprawa o świcie z Warszawy wyrusza
a członków wyprawy sprawnie zlicza Kusza
Choć palców u rąk i nóg w sumie tylu nie miał
to liczył tak dzielnie, jak się w szkole naumiał
aż zliczył trzy załóg komplety
więc podróżnicy do busa wstawili swe bety.
Byli wszyscy prócz jednej czarnuli
co na koniec rejsu Darka do serca przytuli
Nazwijmy ją tu (wyłącznie dla potrzeb rymu)- Pitu-Pitu
bo poleciała samolotem do Splitu.
Jazda busem dzień trwała i była urocza
– tu kłamie, i nos jak u Pinokia rośnie mi do krocza
Bo naprawdę w żadnym razie nie był to raj
Gdy przez Słowacki i Węgierski przejeżdżaliśmy kraj
ale jakoś się to wszystko szczęśliwie przeżyło
i nazajutrz rano nad Adriatyk przybyło.

Marina Zlatna Luka- Sukosan 13 września.

Tu z autobusu sprawnie się wypakowano
i trzy szybkie jachty wyczarterowano
Na kapitanów apel zebrali się wszyscy bez chwili wahania

Dołączył tu Bogdan i Bartek z Poznania
a także Iwona, co ją dla potrzeby rymu zwałem Pitu- Pitu
bo przybyła autobusem, drogą krętą ze Splitu.
Ach, jaki cudny obraz ujrzeli zebrani
Niejeden z wrażenia miał uśmiech barani
Trzy wspaniałe okręty, co sztormu się nie bały
„Bobcat”, „Molat” i „Susak” po chorwacku się zwały
rychło na „Żbik”, „Małolat” i „Siusiak” przechrzczone zostały
Z tych trzech „Żbik” był najbardziej bojowy
a ten ostatni, co z nazwy wynika, najbardziej chujowy.
Gdy w Szybeniku słabł był na napędzie
całą swą załogę zostawił w obłędzie.
Musiał stanąć w Vodicach na dużym remoncietakie to z „Siusiaka”, niesforne było prącie.
Ale tu historię wyprzedzam o kawał morskiej mili
więc wracam do początku, żeglarze moi mili.

Gdy kapitanowie Tomek, Marcin i Jacek o 13 przejęli swe jachty
to już rozpoczęto pierwsze morskie wachty
Załadunkiem „Bobcata” dzielna Beti kieruje
do każdej szafki żarcie i bety pakuje
a wszystko odbyło się sprawnie, z czego „Bobcat” będzie zawsze znany.
Wnet kapitan Tomek- Żbikiem zwany
(niech jego imię sławne, wiatr morski niesie)
zarządził zebranie załogi w jachtowej mesie.
Przeczytał regulamin i powitał nas mową
i stało się cicho, tylko Darek kiwał głową,
bo Darek to stary wilk morski, usłyszał rzecz nie nową.
Ale Renia, Robert i Ania, czuli się jak w matni
bo to ich rejs pierwszy, choć może nie ostatni.
A tu jeszcze Kusza, jak z kibla korzystać, rąbka tajemnicy uchylił
ale w żeglarskim zapale wszystko pomylił,
i zamiast w lewo kręcić wajchą, mówił,że do prawa
taka była na „Bobcacie” ta pierwsza odprawa.

Wypłynięcie z Mariny – 14 września

wyruszyliśmy w sztormową pogodę, mijając z ukosa
miasteczko chorwackie co zwie się Sukosan
A że wielkie wiatry wiały
to nasze trzy okręty mocno się bujały.
Dwie niewiasty z „Bobcata” założyły kamizelki
reszta załogi marynarskie szelki.
Ostrożność daremna, ale nie zawadzi
tak na naszej łajbie Pan kapitan radzi.
Lecz pogoda wkrótce oblicze zmieniła łaskawie
siedzieliśmy już na jachcie spokojnie, przy kawie.
Dajmy spokój aurze, bo słów to zbędny potok
zwłaszcza, gdy osiągnęliśmy wyspę Dugi Otok
I tu w zatoce Telasica
zarzucona została nasza kotwica.

Przy dobrej pogodzie na noc zostajemy chętnie
zwłaszcza, że zatoka jawi się ponętnie.
A że nikt z załogi „Bobcata” tradycji nie ubliża
na jachcie ogłoszono, że balanga się zbliża.
Popatrz wyobraĽnią czytelniku miły
jakież cudne tańce się tam odprawiły,
jakiż to korowód tańca był długi
przy tej cichej wyspie, co zwie się Otok Dugi.
Zobacz jak urocza Asia do salsy się stroi
A Robert, choć obiecał taniec, ciągle tylko stoi
rumieńcem się płonił, ze wstydu w nosie dłubie
bo salsy tak naprawdę tańczyć nie umie.
Lecz za rok będzie inaczej! – Moje drogie Panie
będę tańczył salsę – nic Wam nie cyganie!
I jeszcze o Darka tańcu napisać jest okazja
Ten tańczył na suficie – ot żeglarska fantazja!

Po północy, balanga ucicha, nikt już w tany nie rusza
starają się podróżnicy, iść w objęcia Morfeusza
Wszyscy zasypiają twardo, winem podlani
wszyscy oprócz jednej, naszej biednej Ani
Bo choć Kuba spał smacznie, to jego chrapanie do dziś echo niesie
Tak umilał każdą noc Ani, w jachtowej mesie.

15 września-rano zwiedzanie wyspy Dugi Otok.

Rano wszystkim się zdawało, że wyspa to dzika, bezludna
że wokół pusta w ludzi, okolica cudna,
że nieprzystępne góry i zielone lasy.
Aż nad ranem podpłynął do jachtu i zażądał kasy
mieszkaniec tej wyspy, chorwacki Pientaszek
I o sto kun stał się lżejszy pokładowy mieszek.
Lecz dzielna załoga, łez nie roniła wcale,
tylko pontonami desant uczyniła w chwale
(wcale, a wcale nie bacząc na fale).
Na lądzie Pati rej w krotochwilach wodziła
i wodą morską załogę „Bobcata” moczyła.

Poszliśmy wkrótce na górę, traktem niewygodnym
a cuda tam zobaczyliśmy, opisać tego jam nie godnym
podziwiano i piękno przyrody i dziką naturę
Zeszliśmy do jeziora, gdzie Tomek mierzył wody temperaturę
Ta tylko 21 stopni miała
-Oj cieplejsza już w Chorwacji woda bywała.
Zbliżało się południe i musiano żegnać wyspę i jej góry strome
ruszając pontonami, desantem w drugą stronę
Zrobiono to szybko i sprawnie niebywale
wcale a wcale nie bacząc na fale.

15 września- rejs do Szybenika i zwiedzanie miasta wieczorem.

W południe kotwice podniesiono, na Szybenik czas płynąć
Załoga zaś się uczy wiązać liny, by dobrze je zwinąć
Pogoda do opalania po prostu bombowa
Gorąco, bezwietrznie, na morzu gładĽ szpachlowa
do Szybenika wpływamy, gdy już noc zapada,
a w porcie-, co robić ? -była krótka rada
uradzono dobrze podjeść, bo naród jest głodny.
Wyruszono więc do miasta, szukać baru, co był godny
Wkrótce znaleziono przemiłą knajpeczkę
gdzie do posiłku podano wina szklaneczkę.
Już Polak nie głodny i weselsze ma lica
gdy na stół wraz z rachunkiem wkracza TRAVARICA!
Wzięli goście na odchodnym Travaricy porządnego łyka
Po którym nagle Pati fikołeczki fika
Za Pati przykładem sznur jachtowych niewiast
Czy to kwiat młodzieży? Czy młodzieży jest chwast!?

Patrzy Tomek przerażony, Darek włosy rwie
jak to Travarica służy on najlepiej wie.
Spuścił Kusza wzrok strapiony
niepoznaje: Pati, Ani, Iwon, żony
Tak się toczą wyżej wymienione, a na końcu Renata
nagle stają, patrzą i co widzą – armata!
A chłopcy tylko westchnęli – No to koniec świata!
I ja nie wiem, czy popierdoliło te baby od soli
piszę jak romantyk-poeta, piszę, co mnie boli.
Jak w pornosie jakim, co niskim chuciom dogadza
sznur bab naszych na działo się nasadza.
Lśni chorwacka lufa dumnie
już nasze kobiety siedzą na niej tłumnie.
Ale oto
co to?
¦liska ta armata od soli, czy od adriatyckich wód
nie pomogła siła tych kobiecych ud
pospadały z armaty te nasze kobity
że nie jeden pośladek został wtedy zbity.

A chłopcy tylko westchnęli – No to koniec świata!
I ja nie wiem, czy popierdoliło te baby od soli
piszę jak romantyk-poeta, piszę, co mnie boli.
Jak w pornosie jakim, co niskim chuciom dogadza
sznur bab naszych na działo się nasadza.
Lśni chorwacka lufa dumnie
już nasze kobiety siedzą na niej tłumnie.
Ale oto
co to?
¦liska ta armata od soli, czy od adriatyckich wód
nie pomogła siła tych kobiecych ud
pospadały z armaty te nasze kobity
że nie jeden pośladek został wtedy zbity.

Gdy szalona noc minęła, zsumowano zyski, straty.
Na plus wyszło: jeden pies parchaty,
Jeden mały kieliszeczek,
Który jakimś cudem cały przeżył Pati fikołeczek
oraz okazałe łoże położone tuż przy trapie
z myślą o Kubusiu, co tak głośno chrapie.

Listę strat krótko tu omówię.
Były to damskie majtki i męskie obuwie.
Szczególnie Robert przeklinał sandałową stratę- Na Boga Zeusa!
Bo te jego sandały były – Made in USA.
A z jachtu obok, zginęły suszące się majteczki.
I jaki jest morał z tej krótkiej bajeczki ?
Gdy właściciele zapijają ryja
ich rzeczy się nudzą i wystarczy jedna chwila,
chwila krótsza od wiatru gwizdu
by sandały i majteczki poszły sobie gdzieś tam w piz…

16 września- odjazd do VodicJak już wcześniej zaznaczałem w Szybeniku
„Siusiak” słabł nam na silniku
biorąc słabość jego pod wzgląd
jachty nasze popłynęły do Vodic na przegląd
Rejs to krótki był niezmiernie liczył tylko kilka mil
pełny za to kolorowych, i radosnych chwil
Oto przykład -Jacek-budząc śmiechu kupe
Wypiął na nasz okręt pupe.
Vodice – miasteczko nie nowe
tym zadziwia, że wszystko tam betonowe
z betonu był pomnik, plaża miejska, tenisowy kort
czasem i w Chorwacji znajdziesz taki port.
Ale nie chcę pisać o Vodic urodzie
ani o przedziwnej betonowej modzie,
a o wielkim festynie, miłej balandze
która nie uciekła naszej uwadze
Stawiła się tam z „Bobcata” cała świta
a za ich przykładem część załóg „Molata” i „Siusiaka” zawita
w pomarańczowych koszulkach kroczyli dumnie
budząc zachwyt wśród Chorwatów taki sam jak u mnie.
Tańczyły: Beti, Pati, Iwon, Ania i Renata
słowem cała żeńska załoga „Bobcata”.
Chłopcy dobry przykład wzięli i tak tańczyli
że zainteresowanie niektórych Chorwatek wzbudzili.

I tak pewna dama w leciech, parol zagięła na naszego Jacka
już w myślach swych nieczystych trzyma go za wacka
Baba głupia nie była, o nie! Sorry!
od razy wiedziała, że Jacek ma pewne walory.
Nie plotę tu głupot od Sasa do Lasa
bo wszyscy widzieli jakiego ma … asa!
Asa ukrytego, bynajmniej nie w rękawie
co dobrze sprzyjało jachtowej zabawie.
Ale o Jacka asie nie puszczę pary za nic
i teraz ponownie wracam na festyn do Vodic.
Bo tu rzeczona baba, snuje już fantazję
przylepiwszy się do Jacka by schwycić okazję.
By ucapić zdrowego Polaka
już kombinuje, jakiego użyć haka.
Ale oparł się nasz Jacek tej pokusie przedniej
i pokazał figę babie tak mocno przylepnej.

17 września – rejs z Vodic do Splitu.Rano trzy osoby biegać poszły- rzecz godna pochwały
Bo zrobili to, nie dlatego, że zaleli pały
Czując jeszcze smak gorzałki, Travaricy
Biegali jak sportowcy, jak prawdziwi gimnastycy.
Potem było śniadanie obfite
I jak zwykle herbaty i kawy w żeglarskich kubkach pite
A po jedzeniu, gdy dzień rozbudził się całkiem ładnie
Mogliśmy wraz z „Siusiakiem” naprawionym dokładnie
Wypłynąć w rejs dalszy
We wrażenia coraz bogatszy i coraz weselszy.
Było pięknie, gwiazda słoneczna promienie nam słała
A że za sterem Iwon stała
Iwon- zwana tak tylko dla rymu – Pitu- Pitu
To każdy odgadnie , że płynęliśmy do Splitu.

Split to miasto całkiem duże
Nie szczędzone przez historię i dziejowe burze
To, co widzieć chcieliśmy i co godne polecania
To cudna starówka i Pałac Dioklecjana.
Do portu wpłynęliśmy, gdy już zmierzchało
Choć miasto sprawiało wrażenie przeciwne- jakby dniało
Tak świecił Split w neonowych blaskach
Robiąc wrażenie na naszych chłopakach i laskach
Każdemu na ten widok rozbłysło oko
Poszliśmy więc do miasta, ale było spoko
Odbyło się bez harców, fikołków i breweryi
Bo była już północ i padaliśmy na ryi
Więc po krótkiej wycieczce utrudzeni
Wróciliśmy do jachtów by zasnąć wrażeniami zmęczeni

18 września. Rejs ze Splitu na Hvar.Miasto zwiedzaliśmy także rankiem
Kontentując się pięknym widokiem
By we wczesnoobiadowej porze
Wyruszyć trzema jachtami na pełne morze.
Płynęliśmy tak 7 godzin, robiąc sobie przerwę
Na chlapanie, by do dalszej podróży złapać werwę.
Na lewej burcie mieliśmy wyspę Brać
Tak piękną, że aż … „kurwa jego mać”

Po drodze „Kusza” i Darek przygotowali nam poncz
Receptury, którego czytelniku nie przeocz:
melon, brzoskwinie, trochę chorwackiego wina
do tego litr wódki – i gwarantowana uśmiechnięta mina.
I tak uśmiechnięci na ponczowej diecie
A wiadomo, po takim ponczu lepiej się plecie
Płynęliśmy więc plotkując o stworzeniu wszytkim
Posługując się czasami nawet słowem brzydkim.
Dopingowaliśmy też Polonię, choć w futbol na morzu nie grano
Lecz po ponczu pod uwagę tego nie brano.

I tak dopłynęliśmy do kolejnego cuda – wyspy Hvar
Co najlepiej się rymuje do słowa –bar.
A między słowami tymi, więĽ panuje taka:
Kiedy w jesienne, polskie, chłody zalewam robaka
Siedząc w jakimś brudnym, tanim barze
To myślami jestem na słonecznym, ciepłym Hvarze.
Tymczasem w ten wrześniowy dzień, na wyspę trafiliśmy o zmroku
Co przydawało jej tylko uroku.
Zakotwiczyliśmy w zatoce przed portem
Na ląd przeprawiając się zgrabnym desantem
Wieczór poświęciliśmy zwiedzaniu Hvaru
Miasta pełnego dalmackiego czaru.
Czytaliśmy o mieście różne legendy
Wąchając przy tym zapachy lawendy,
Bo Hvar na świecie właśnie z tego słynie
Że lawendowy zapach z niego wartko płynie.

19 września – podziwianie HvaruJeśli chcesz znać sumę wrażeń doznanych na Hvarze
To zestaw przeżycia z Szybenika i Splitu w jednej parze
Dodaj to, czego doznaliśmy w Vodicach
I już będziesz miał pojęcie o Hvarze i okolicach
Obejrzyj też nasze przeĽrocza
By mieć pewność, że wyspa to przeurocza.
Tymczasem, nowego dnia, już o 8 rano
Kotwice podniesiono i do rejsu hasło dano
Płynęliśmy krótko, może jedną milę
By w zatoce Garska Mala spędzić piękne chwile.
Tu jedni wzięli się za nurkowanie
Inni za wyspy zwiedzanie
I znów od wrażeń pękała głowa
Gdy kapitan zauważył, że rejsu to połowa
Każdy dni rejsu przeliczył i przyznał mu rację
Dlatego plan na wieczór był prosty- urządzić wytworną kolację.
Jak zaplanowano tak i zrobiono
Do morskiej tawerny w zatoce Zarace nas zawieziono
Tam nasze laski wystroiły się należycie
Czego domagało się uroczyste kolacji spożycie
Chłopy zaś w pomarańczowej gali
Po pysznym jedzeniu trochę tańcowali
Wszyscy razem dobrze się bawili
Piotrka Poncjusza za striptiz chwalili
Bo Piotruś wychyliwszy rak ii garnuszek
Pokazał wszystkim, jaki ma brzuszek.
Gdy tymczasem Iza- a Piotr to jej ukochany
Ze mną szczęśliwcem rzuciła się w tany.O nadobna Izo!
Dziś piękność Twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, choć nie tęsknie po Tobie
Jak by chciał Mickiewicz w swym poemacie
Bo jakbym się tłumaczył Piotrkowi i swej żonie Renacie.
Lecz zostawmy na boku: Piotrka, Izę i Renatę
By opisać pewną pontonową stratę
Załoga „Molata” doznała tej straty
Ich ponton zakosili miejscowe Chorwaty.

I tak pierwsza część kroniki do końca się zbliża
Mam cichą nadzieję, że nic nie opuściłem i nic Wam nie ubliża
Starałem się jak mogłem, drogie załoganty
By złapać natchnienie, słuchałem głośno szanty
Postawiwszy na stole grupowe nasze zdjęcie
By w pisaniu kroniki wdzięczniejsze mieć zajęcie
Jeśli mi Ľle wyszło, znajdę wymówkę przez zwykłą wygodę
Zwalę na klimat i na brzydką pogodę
Bo jakże mam pisać o słońcu i lecie, gdy już zima
Nie jestem przecież Homer ani Aleksander Dumas

A tylko pontoniarz, co ponoć tak fantastycznie dyma.

„Rymowaną kronikę rejsu” napisał Fantastycznie Rozdynamiczniony (lub Rozdemoniczniony albo jeszcze jakoś tak podobnie) Pontoniarz. Kronika szybko stała się przebojem wydawniczym, a cały nakład rozszedł się błyskawicznie. Poeta dowodzi swego kunsztu poetyckiego, a poprzez afirmacje życia, ukazuje głęboką przemianę, jaką przeszli uczestnicy rejsu. Autor sugeruje, że skrajna alienacja, połączona z wyemancypowaniem jednostki sublimuje wrażenia nieadekwatne do przeżyć. Mickiewiczowskie wręcz poczucie świata odrealnionego, prowadzi Fantastycznego Pontoniarza na wyżyny sztuki poetyckiej, gdzie historia mierzy się z przeszłością, a antycypowane treści są normą literacką. Ucieczka z postindustrialnego świata brudnej rzeczywistości do bajkowego świata iluzji jest czasem prawdziwie traumatycznym przeżyciem, ale … Co ja Wam tu będę dalej pieprzył i głupoty wciskał.- Przeczytajcie to ku…., sami!

Robert Gawkowski
Warszawa Grudzień 2003

Chorwacja 2003
« 1 z 2 »

***

autorzy zdjęć:

Patrycja Manthey
Beata Kuszewska
Piotr Piłat
Piotr Kuszewski
Iwona Sierzputowska
Darek Socha
Marzena Smolińska
Tomek Ławrynowicz
Jacek Wierzbicki
Mariusz Dadak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: